• Marta Dziedzic

Idealny pies na spacerze? O wpływie spacerów na relacje z człowiekiem i na psie emocje.

Aktualizacja: paź 23

PSIEmano!


Bardzo często kursanci pytają mnie, jak wygląda mój typowy dzień z psami. Jak dużo czasu poświęcam na treningi, że moje psy są takie grzeczne i skupione na mnie. I pewnie wielu z Was zaskoczę tym, że mój dzień to wcale nie ostre treningi posłuszeństwa od rana do nocy! ;) Dzisiaj chciałabym Was przeprowadzić krok po kroku po naszym typowym dniu z naciskiem na typowy spacer i opowiedzieć Wam o tym, jak małymi szczegółami możemy zrobić wielką różnicę w wychowaniu naszego czworonożnego kumpla.


RYTUAŁY


Moją pierwszą "złotą myślą" będzie: buduj rytuały. Bardzo często w pędzie dzisiejszego świata zapominamy o tym, jak piekielnie dobre są dla naszego (nie tylko psiego!) dobrego samopoczucia psychicznego rytuały! Przewidywalność daje poczucie bezpieczeństwa, pozwala na utrzymanie równowagi gospodarki hormonalnej, zmniejsza poziom odczuwanego stresu. I ma to zastosowanie zarówno dla człowieka, jak i dla naszego psiaka.


Pierwszym rytuałem, idąc za wskazówką genialnego w swej prostocie przekazywania idei psychologa J. Petersona, jest moje codzienne wstawanie o tej samej godzinie. Niezależnie o której idziemy spać. I przyznam się, że nie wiem do czego służy budzik, bo mój organizm budzi mnie sam. ;) Z psiejskiego punktu widzenia - bardzo łatwo było mi nauczyć czystości zarówno Hipisa, jak i Chillouta, ponieważ poranny spacer też jest zawsze o tej samej lub zbliżonej godzinie. Co więcej, odkąd młody już opanował trening pęcherza, to... nie pędzę na spacer zaraz po przebudzeniu! Dlaczego to moim zdaniem ważne? Ponieważ nie chcę zaczynać dnia od pełnej uwagi na psach. Pełna uwaga zazwyczaj wiąże się przecież ze zwiększonym pobudzeniem. A ja staram się podtrzymać spokój po nocy, zatem zgodnie z naszymi małymi rytuałami, najpierw jest kawa, wspólne tuli luli na kanapie przy kawusi i dopiero wtedy wychodzimy z domu. Zatem zazwyczaj wychodzimy w ciągu 20-30 minut po przebudzeniu i to pod warunkiem spokoju. Jeśli widzę, że któryś z chłopaków jest bardziej danego ranka pobudzony, to spędzam trochę więcej czasu na spokojnym masażu, zwłaszcza okolic klatki piersiowej. Uwaga! Oczywiście robię tak tylko przy założeniu, że znam swoje psy i potrafię rozróżnić pobudzenie związane z pełnym pęcherzem od pobudzenia pod tytułem "no róbmy coś wreszcie!". Podsumowując ten akapit - spacery mają swoje możliwie stałe, określone pory.


Po drugie, nasze spacery mają swój pewien określony rytm. Rytuały są ważne, ale rytuały łatwo pomylić z nudą (pewnie niejednej osobie tak się one kojarzą!), a przecież tu zupełnie nie o to chodzi! Dlatego staram się spacery jak najbardziej urozmaicać - zmieniać można trasy, ilość psów na spacerze (czasem idziemy razem, czasem każdy z psiaków osobno), rodzaje ćwiczeń czy aktywności, rodzaje wzmocnień, a nawet stopień uwagi na psie! :) Już spieszę rozjaśnić o co chodzi!



UCZENIE A WYMAGANIE


Zawsze staram się podkreślać, że spacer jest moim czasem dla psa. Zazwyczaj jestem obładowana żarciem, zabawkami, czasem jakimś dodatkowym sprzętem szkoleniowym (aporty, hopki, maty, pachołki itp.). I często nawet już nie chodzi o to, że uczę moje psy posłuszeństwa - ja się z nimi bawię, buduję relację, dopieszczam szczegóły. Dzięki temu, kiedy już faktycznie jestem zmuszona wykorzystać jakąś wyuczoną umiejętność, jak chociażby ostatnio przyszło mi odwoływać chłopaków od spłoszonej sarny, która zaskoczyła nas pod blokiem (wcale nie w lesie!), to okazuje się, że zachowania te są tak głęboko zakorzenione w moich psach, że wcale nie muszę mieć ze sobą ani tych smaczków, ani tych zabawek! Bardzo częstym, moim zdaniem błędnym, myśleniem wielu przewodników psów jest praca według zamysłu "będę uczyć mojego psa do czasu, kiedy skończy [wpisz dowolny wiek], a potem będę już tylko wymagać". Moim zdaniem trzeba bardzo wyraźnie zrozumieć różnicę między sytuacją uczenia się i wymagania. Nie mogę bowiem wymagać czegoś, czego pies nie umie, a jak to mówią "nieużywane mięśnie zanikają" i to samo tyczy się nie utrwalanych systematycznie umiejętności. Jak to zatem u nas wygląda?


Uczę głównie podczas tak zwanych sesji szkoleniowych, gdzie zawsze dbam o to, żeby sytuacje, w których stawiam mojego psa były na tyle łatwe, żeby mój pies śmiało sobie z nimi poradził. Ale! Zaczynam od treningów bardzo prostych, przez wymagające, aż po tak zwany overtraining, czyli sytuacje potencjalnie na tyle trudne, że raczej nigdy nas nie spotkają. Przykładowo:

  • uczę siadania najpierw w domu w reakcji na smaczek (naprowadzanie),

  • potem przenoszę tę umiejętność na spacery w spokojne miejsca, a w domu wycofuję smaczek, którym naprowadzam i zamieniam go na nagrodę dopiero, kiedy pies usiądzie,

  • następnie wycofuję owo naprowadzanie na spacerze, a w domu sprawdzam czy pies usiedzi, kiedy robię przed nim pajacyki czy upuszczam przed nim butelkę, a może nawet puszczam z telefonu nagranie szczekających psów - i nagradzam dopiero wtedy, kiedy mu się to uda,

  • stopniowo wprowadzam różnego typu rozproszenia zarówna na spacerze, jak i w domu, ale te nowe, trudniejsze, zawsze "przetestuję" najpierw w domu,

  • kiedy pies potrafi już wytrzymać różnego typu moje pomysły, to zabieram go z tym siadem w coraz trudniejsze miejsca, jak okolice placu zabaw dla dzieci, wybiegu dla psów, ścieżki rowerowe, przystanki autobusowe i tym podobne,

  • a koniec końców staram się dotrzeć do overtrainingu, czyli robimy sobie te siady na pniakach w lesie, na równoważni do ćwiczeń, na folii bąbelkowej, na brzegu jeziora/rzeki, kiedy fale obmywają psią pupcię, wśród rozsypanych ulubionych psich zabawek i gryzaczków, a kiedy ja znikam z pola widzenia, kiedy bawię się z drugim moim psem i tak dalej.

Zatem każda nowo uczona umiejętność ma swoją listę kolejności rozproszeń. I, co ważne, jeśli jestem z czymś na etapie ovetrainingu, to wcale nie znaczy, że na tym koniec! Ostatni etap pojawia się rzadko, może kilka razy w miesiącu, natomiast etapy początkowe (faza delikatnych rozproszeń) robię najczęściej, aby zwiększać pewność siebie psa w tych ćwiczeniach i pozwolić mu zwyczajnie w świecie polubić wykonywanie go!


Wymagam natomiast dopiero tych umiejętności, które porządnie wypracowałam z psem. To znaczy, że nie jestem w stanie już właściwie sama wymyślić takich rozproszeń, które wybiją psa z zadania. W życiu nie zawsze mam na wszystko wpływ i różne sytuacje mogą okazać się naprawdę trudne dla mojego psa. I w treningu nie każdą sytuację "naturalną" jestem w stanie nam zorganizować, jak chociażby tej sarny uciekającej przed moimi psami. :) Dlatego im przy większej ilości rozproszeń, acz w taki kontrolowany sposób, że właściwie zawsze mój pies miał szansę na sukces, przepracuję dane ćwiczenie, tym chętniej będzie ono wykonywane. Co więcej, w treningu staram się na tyle stopniowo mieszać kryteria - czasem trening bardzo trudny, czasem bardzo prosty, że kiedy już wpadniemy na tę sarnę, to moim psom może się wydawać, że to nic innego, jak tylko kolejna fajna pułapka przygotowana przeze mnie i że warto jak najszybciej jednak wrócić na zawołanie. :)


Co więcej, nigdy nie wychodzę z założenia, że mój pies już powinien coś umieć. Jeżeli pies nie wykonuje jakiejkolwiek komendy, to znaczy, że jeszcze jej nie umie. Psy nie są złośliwe. Ale są bardzo emocjonalne. Zatem to moja w tym głowa, żeby wiedzieć kiedy psu pomóc i jak go uczyć, żeby go nauczyć. ;) Jeśli więc mój pies nie wykonuje w danej sytuacji komendy, którą wydaje mi się, że już przepracowaliśmy, to wracam do niej, hartuję ją w nowych okolicznościach, a może wracam do wcześniejszych etapów nauki, bo prawdopodobnie to ja, jako nauczyciel moje psa, coś przegapiłam w procesie uczenia. Bo chociażby, jeśli wiem, że mój pies nie umie spokojnie utrzymać siadu na widok wyrzucanej przez mnie zabawki czy na widok mnie z tą zabawką odbiegającej, to jak mogę oczekiwać, że będzie umiał wysiedzieć na widok przebiegającego radośnie obok nowego psa? Przykład z naszego życia? A pewnie, podzielę się, żebyście wiedzieli, że i ja popełniam błędy! Błędy są super, bo można się na nich uczyć! :D Jakiś czas temu postanowiłam zacząć zabierać Chillouta (border collie, wtedy miał 9 miesięcy) na zajęcia do naszej psiej szkoły. Chłopak jest bardzo socjalny, więc miał mi pomagać w ćwiczeniach socjalizacyjnych dla szczeniąt. W zadaniu sprawdził się genialnie! Ale! Co pomiędzy chwilami, kiedy "był mi potrzebny"? Stwierdziłam, że wyślę go do kennela, z którego korzysta w domu i w odwiedzinach u rodziny, bo bardzo go lubi, dobrze go zna i pięknie w nim wypoczywa. I co? I odpoczywał przez 30 minut! A potem zaczynała się aria, wycie, a nawet turlanie razem z materiałową klatką. Próbowałam mu pomagać kongiem, gryzakami, opowiadaniem instrukcji dla kursantów w taki sposób, żeby zawsze mnie widział i żebym mogła być blisko klatki. Pojechał ze mną 5 razy zanim się nauczyłam... nie zabierać go ze sobą. Tak. Dlaczego? Bo to jeszcze dzieciak i taka sytuacja jest dla niego zdecydowanie zbyt dużym natłokiem bodźców. I o ile radzi sobie z nią dobrze, kiedy ma moją pomoc poza klatką, o tyle kiedy zostaje sam, to sytuacja go przerasta. Dlatego zabieram go teraz tylko na pojedyncze godziny, jeśli takie się trafią (czasem specjalnie robię sobie "dziury" w grafiku tylko po to, żeby po niego pojechać z placu do domu, pobyć z nim w szkole w trakcie godzinnych zajęć i odwieźć go z powrotem) lub po prostu, kiedy wpadamy na plac razem z Hipisem i robimy wspólny trening. Wtedy wplatam momenty, gdzie Chilli jest w klatce, a ja trenuję z Hipciem, żeby przełożył sobie powolutku sytuację z domu, na plac właśnie. A wtedy mam pełną kontrolę nad jego emocjami (bo mam głowę do tego, żeby uważnie go obserwować) i mogę uczyć go tak, żeby przyniosło to efekty. Jaki z tego wniosek? Chciałam za dużo, za szybko. I nauczyłam się zwolnić tempo.


I taki mieszany trening jest właśnie szalenie istotny. Nasze często zbyt wysokie wymagania mogą bardzo negatywnie wpłynąć na zachowanie psa i naszą relację z nim. Takim wysokim wymaganiem może być oczekiwanie, że nasz pies usiądzie na widok innego psa na horyzoncie. Pies w końcu powinien to umieć, więc proszę go o to na widok jednego, dwóch, trzech, ośmiu psów na jednym spacerze. I wymagam - nie uczę. Czyli nie nagradzam, nie przeplatam tego prostszymi czy ulubionymi ćwiczeniami psa. I co się okazuje? Że kiedy pies słyszy "siad", to po jakimś czasie zaczyna nerwowo się rozglądać w poszukiwaniu innego psa! A może nawet już zrywa siad i wyrywa się do tego psa? Dlaczego? Bo sadzając psa zawsze i najczęściej właśnie w obliczu takiego spotkania, zbudowałam u niego rytuał, że siad oznacza "zaraz będzie piesek!". Jak można to naprawić? Ano właśnie wprowadzając trening mieszany, czyli wykorzystując siad w sytuacjach o różnych poziomach trudności, nagradzając z różną intensywnością i można powiedzieć... bawiąc się siadem. :)



SPACEROWY RYTM


Emocje

Aż wreszcie przechodzimy do samego wyglądu naszych spacerów. Najważniejsze dla mnie na spacerze są emocje moich psów. Co to oznacza w praktyce? To, że staram się być elastyczna! Owszem, mogę sobie zaplanować, że przećwiczę to czy tamto, że pójdziemy tu czy tam, jednak może się okazać, że moje psy powiedzą mi coś zupełnie innego i zawsze staram się mieć na to otwarty umysł. Im lepiej obserwuję swoje psy, tym lepiej się komunikujemy, a im lepiej się komunikujemy, tym większe zaufanie psa do nas, a im większe zaufanie, tym bardziej wydajne i efektywne treningi. Zatem jeśli widzę, że w danej sytuacji mój pies nie chce się bawić lub nie chce przyjmować jedzenia, to dla mnie jasny znak, że ta sytuacja jest dla niego za trudna! Może się czegoś przestraszył (na przykład jakiegoś hałasu), może jest za bardzo pobudzony (na przykład ekscytuje się widokiem bawiących się dzieci czy psów). Co wtedy robię? NIE PRZEPROWADZAM TRENINGU! Mogę złapać psa na smyczkę, złapać chwytem żywej klateczki i przeczekać sytuację lub po prostu psa z niej zabrać. Ważne jest też, abyśmy wiedzieli czy to dana sytuacja sama w sobie jest dla psa zbyt trudna czy dystans do niej. Przykłady:

  • Mój pies szczeka i wyrywa się na widok innego psa frustrując się, że nie może do niego podejść? Zabieram go na bok (przywitanie w tej sytuacji wzmocni takie wymuszanie). Sprawdzam na jakim dystansie uda mu się zwrócić na mnie uwagę. Jeżeli jest spokojny, wracam w okolice psa i daję sygnał "przywitaj" jeszcze wtedy, kiedy jest spokojny i puszczam linkę luzem (ja z początkującymi psami pracuję zawsze na lince treningowej). Pies uczy się wtedy, że tylko spokój jest gwarantem zabawy z kumplem.

  • Mój pies szczeka i wyrywa się na widok innego psa, jak tylko ten pojawi się na horyzoncie, niezależnie od odległości? Wracam do listy rozproszeń i odpowiadam sobie na pytania: czy pies potrafi skupić się na mnie w obecności lubianej osoby, zabawki leżącej na ziemi lub czy potrafi spojrzeć na mnie, kiedy trzymam zabawkę w ręku (na mnie, nie na zabawkę! ;)), czy potrafi skupić się na mnie, kiedy rozsypię pyszne jedzenie na ziemi, kiedy jesteśmy przy placu zabaw dla dzieci i tak dalej? Jeśli na któreś z tych pytań odpowiem przecząco, to znaczy, że jeszcze długi trening przede mną zanim będę oczekiwać od psa skupienia w tak ekscytującej sytuacji, jak obecność innego, nagle pojawiającego się psa.

Trening zawsze dostosowuję do możliwości mojego zwierzaka!


Spacerowe aktywności i ich wpływ na zachowanie

Staram się, aby moje główne spacery (te poza toaletowymi, które są krótkie i nudne, żeby pies mógł skupić się na jednym; i drugim ;)) zawsze zawierały w sobie następujące elementy:

  • rozgrzewka motywacyjna - czyli wykonywanie prostych aktywności, jak szukanie jedzenia czy zabawki w trawie; wykonywanie ulubionych sztuczek, jak slalom, kółeczka, przeskakiwanie przez nogę; nagradzanie za skupienie uwagi (patrzenie) na mnie i różne formy wydawania nagród, na przykład pojedynczo i serią kilku pod rząd, wyjadanie z uciekającej dłoni, łapanie w locie. Ma być banalnie prosto i dynamicznie.

  • trening właściwy - czyli zadania, które sobie zaplanowałam, jak chodzenie przy nodze, zmiany pozycji, aporty, przywołanie czy wstrzymywanie się przed celem. Mieszany stopień zaawansowania: na jednym treningu może być banalnie prosto, czyli nagradzam już za 5 kroków przy nodze, jak i trochę trudniej, czyli chodzimy przy nodze przy drugim psie wyjadającym smaczki z ziemi.

  • trening "życiowy" - czyli wykorzystuję zadania w sytuacjach rzeczywistych, jak siad czy chodzenie przy nodze na widok przejeżdżającego rowerzysty. W zależności od stopnia wyszkolenia psa, wspomagam się wtedy atrakcyjnymi nagrodami i/lub dystansem od bodźca lub po prostu proszę o wykonanie "za darmo".

  • przerwy! - nagrodą może być przecież samo to, że puszczę psa luzem i pozwolę mu węszyć to, co chce i gdzie chce albo zwyczajnie sobie pobiegać po otwartej przestrzeni, wskoczyć do jeziorka czy kałuży (lub puszczać w niej bąbelki nosem, jak Chillout! :D), wytarzać się w trawie! Nie muszę uzależniać się od jedzenia i zabawki!

  • nauka odpoczywania - staram się robić też treningi nic-nie-robienia, czyli siadam sobie na ławce czy na trawce, wyjmuję książkę czy telefon i zajmuję się sobą przez 5-15-30 minut, kiedy zadaniem moich psów jest leżeć spokojnie obok mnie. Oczywiście zaczynając takie treningi, oferuję moim psom coś do gryzienia czy lizania i wybieram miejsca raczej na uboczu.

  • overtraining - dotyczący tylko tych komend, które już dobrze zna mój pies. Jako jedyny jest opcjonalny, czyli nie pojawia się codziennie. Trwa krótko, zazwyczaj do 5 minut i kończy się dzikim nagrodowym szaleństwem!


Zarówno kolejność, jak i czas trwania poszczególnych elementów różni się pomiędzy spacerami. I tak chociażby im bardziej pobudzony jest mój pies, tym spokojniejsze aktywności mu proponuję, aby pomóc mu poradzić sobie z emocjami, a nie jeszcze bardziej je nakręcić. Ponadto staram się dobrać czas treningu do poziomu zaawansowania mojego psa - na początku wystarczy mi 5-15 minut treningu właściwego przeplatanego przerwami, a im dalej w las, tym czasami mogę chcieć więcej, trenując nawet około 60 minut. Choć przede wszystkim wyznaję zasadę, że lepiej krócej, a częściej (i systematycznie!). Jednak staram się, aby każdy z powyższych punktów (poza overtrainingiem) na głównym spacerze się pojawił, chyba, że wprowadzam:

  • trening braku uwagi - kiedy to specjalnie na spacerze dzwonię do mojej babci na pogaduchy, biorę słuchawki i słucham ulubionej muzyki czy po prostu idę przed siebie układając sobie myśli w głowie. Tak, uważam, że warto czasem robić psom takie spacery, gdzie każde z nas robi to, "na co ma ochotę". Jest to dla mnie test na ile wyszkolone są już moje psy, na ile pewne rytuały wbiły się do głowy (np. czy mój pies już potrafi sam zrezygnować z pogoni za biegaczem czy jednak jeszcze muszę mu pomóc) i co ewentualnie jeszcze trzeba przepracować. Co więcej, uważam, że zarówno psu, jak i nam należy się przerwa od pracy - dlatego robię takie spacery 1-3 dni w tygodniu. Dzięki temu współpraca cały czas utrzymuje się w naszych głowach jako wspólna zabawa i sposób na pogłębianie więzi, a nie jako przykry obowiązek.

Oczywiście to nie do końca tak, że w ogóle nie zwracam uwagi na psiaki - jestem ciągle gotowa, aby w razie potrzeby im pomóc. Ale staram się pokazać im, że nie zawsze czeka je wysiłek, nie zawsze trzeba być turbo aktywnym i że mają moje pełne pozwolenie na bycie po prostu psami i załatwianie swoich psich spraw. Dzięki temu moje psy nie są wiecznie "nakręcone" i nie wymuszają na mnie ciągłego ich zabawiania. Ci z Was, którzy mieli okazję poznać Hipisa wiedzą, że jest psem "samoobsługowym" - to właśnie dlatego, że daję mu pole do popisu, nie trzymam go pod kloszem i pozwalam podejmować samodzielne decyzje. Oczywiście, jeśli widzę, że te decyzje niekoniecznie są mądre, to kolejny spacer staram się ułożyć tak, żeby pomóc mu przepracować daną sytuację.


W mojej opinii bardzo dużym błędem jest ciągłe trzymanie psa pod kloszem i nie dawanie mu nigdy szansy na własną reakcję. Taki pies nigdy bowiem nie zostanie prawdopodobnie spuszczony ze smyczy (bo nie ma zaufania ze strony przewodnika) lub jeśli zostanie - to ucieknie lub wymyśli inną głupotę, bo nie będzie wiedzieć, co robić bez wyraźnych instrukcji ze strony opiekuna. Dlatego właśnie tak bardzo lubię linki treningowe. One pozwalają mi na danie psu wolności przy jednoczesnej łatwej asekuracji. Moim zdaniem linka powinna iść w pakiecie z psem! ;)


Wychowanie psa to swoisty taniec pomiędzy nauką, hartowaniem zachowań, odpoczynkiem i daniem "wolnej łapy".

I to jest myśl, którą chciałabym, żebyście po dzisiejszym wpisie zapamiętali. :) Starajcie się traktować naukę, jako proces ciągły, nie skończony (przecież nawet odnośnie człowieka mówi się, że uczy się przez całe życie); pamiętać o stopniowym zwiększaniu kryteriów i balansowaniu między nimi; wziąć sobie do serca wagę odpoczynku i pozwolić psu na podejmowanie decyzji w bezpiecznych dla niego warunkach, zamiast "trzymać go ciągle pod kloszem".


Dzięki za przeczytanie artykułu spacerowego! Czuj się swobodnie dzieląc się nim ze znajomymi! ;) A jeśli masz jakieś pytania czy opinie, podziel się nimi poniżej!


Do kolejnego psieczytania!

~Marta


268 wyświetlenia